2016-09-25 22:17:58
Łódź jako drugie Indie

W jednym z artykułów w Internecie czytamy:

Inwestorów przyciąga do Łodzi spora liczba dobrze wykształconych absolwentów
Łódź jest w czołówce miast, w których rozwija się sektor nowoczesnych usług dla biznesu.

Brzmi pięknie? No to pora na zderzenie z rzeczywistością...

Chodzi oczywiście o BPO (Business Process Outsourcing), SSC (Shared Service Centre) oraz różnego rodzaju call centre/service deski. Jeśli ktoś myślał, że to doskonała, rozwijająca praca dla świeżo upieczonego absolwenta, to nie mam dobrych wieści. Tak naprawdę, znakomita większość pracowników firm świadczących takie usługi nie ma czym się pochwalić - być może poza jako-taką znajomością jakiegoś rzadszego języka. I nic więcej. Co bardziej ambitni i/lub inteligentni idą do BPO i/lub SSC by się kształcić, a następnie popchnąć swoją karierę na jakimś sensowniejszym stanowisku, ale reszta pozostanie na słuchawce i za niewiele ponad minimalną krajową przez 8h dziennie odbębniają tę samą, odmóżdżającą robotę, co nie przeszkadza im się przechwalać stanowiskami w rodzaju "Service Desk Expert" (tj. umie rozwiązać większość problemów z Outlookiem) czy "Senior Process Executive" (tj. księguje w SAPie faktury dla tej samej firmy od dwóch lat).

Generalna wizja płynąca z tego artykułu jest taka - w Łodzi są same mądrale - których ciągle przybywa! - a firmy rzucają placówki w innych krajach by się rozgościć u nas, płacić naszemu rządowi podatki a nam zapewniać wysokie wynagrodzenie. Zresztą, patrząc na materiały marketingowe wielu firm, nietrudno ulec przeświadczeniu że te firmy to najlepsze co nas mogło spotkać i nie mamy lepszego wyboru. Otóż... Nie. Po pierwsze, spora część absolwentów - także po kierunkach technicznych - to nie mające nic do zaoferowania tępaki bez szans na sensowne zatrudnienie. Po drugie, każda taka firma rozkłada się u nas w ramach optymalizacji kosztów, tj. przenosi się z droższego miejsca w tańsze. A po trzecie, wszystkie takie firmy to najzwyklejszy w świecie outsourcing, który działa na zasadzie takiej, że firma A nawiązuje współpracę z firmą B i wynajmuje od niej (od B) pracowników. Ci ludzie w papierach figurują jako pracownicy firmy B, ale z nią łączy ich tylko budynek i dział kadr. Nic więcej. Jaki jest haczyk? Firma A płaci firmie B za pracowników pewną kwotę umowną, ale jedynie jej ułamek trafia do właściwych pracowników. Wiedząc to, nie dziwi już tekst Strzeżyńskiej, że "Bardzo dobry programista lub menadżer na rynku dostaje 45-60 tys. zł miesięcznie, niezły – 20-25 tys." - ministerstwo po prostu wynajęło programistów od firmy, a ta krzyknęła taką a nie inną kwotę. Wątpię, by ci ludzie realnie dostali aż tyle, co najwyżej 10k.

Zmierzam do tego, że z Łodzi robią się drugie Indie - coraz więcej firm otwiera swoje centra (albo powiększa już istniejące) i wchłania kolejnych ludków po studiach którzy nie mają dużych wymagań - bo nie mogą wiele zaoferować - i usadza się ich przed Citrixowym terminalem i każe odbębniać tę samą, mechaniczną pracę. Oczywiście, Polska nie jest najtańszym miejscem pracy, wobec czego dokręca się śrubę dziwnymi KPI'ami (Key Performance Indicators) i pilnuje na każdym kroku tak, by "zoptymalizować procesy" i uczynić je bardziej "zwinnymi" ("zgodnymi z zasadami LEAN"). Powoli dochodzi do tego, że w pracy takiego człowieka nie ma znaczenia, że każdy incydent odsyła na drugą linię albo ACKuje ("Acknowledge", potwierdza przyjęcie zgłoszenia) co nakręca wskaźniki SLA'owe (Service Level Agreement), ale nie rozwiązuje zasadniczego problemu. Te wszystkie procesy monitorujące - np. wypełnienie arkusza czasu pracy - też zajmują swój czas, ale ich nie odbębnienie jest niedopuszczalne, w efekcie czego efektywność pracownika spada, wskaźniki KPI'owe też, i na koniec mamy "performance evaluation" podczas której lider zespołu stwierdza, że z naszymi wskaźnikami nie kwalifikujemy się ani na awans, ani na okresową podwyżkę. W zasadzie, to jesteśmy po tej gorszej stronie krzywej Gaussa, więc powinniśmy siedzieć cicho. Nadgodziny? Wiele firm ma już pomysły polegające na monitorowaniu kiedy pracownik znajduje się w swojej strefie a kiedy nie, wobec czego będzie dochodzić do sytuacji gdy pracownik który przesiedział w firmie 9,5h nie zasłuży na odbiór nadgodzin albo ekwiwalent, bo spędził łącznie 1h w łazience i jadalni (w skali dnia to nie jest wydumana liczba). W takich firmach normą bywa też, że osoba z niższym intelektem i/lub mniejszą wiedzą - za to z papierem na jakiś egzotyczny język - zarabia więcej od kogoś, kto realnie utrzymuje biznes na jako-takim poziomie.

Niestety podobny trend widzę również w branży IT (w sensie - wśród programistów). Powstają kolejne firmy które zatrudniają programistów by zaraz ich wynająć innym firmom. Co jest w tym złego? Na bank trafimy do mało ciekawego projektu, którego nikt w pierwotnej firmie nie chce rozwijać/utrzymywać, albo do projektu, który jest na tyle ryzykowny, że nie opłaca się go "żenić" z konkretnymi pracownikami, albo... zostaniemy przeniesieni do innego projektu w najbardziej zaskakującym momencie i nawet nie usłyszymy "dziękuję".

Krótko mówiąc, rzeczony artykuł to jak zwykle marketingowa papka mająca wybielać wielkie korpo i produkować wizję mlekiem i miodem płynącej Łodzi. Chociaż jak czytam o pracownicach restauracji czy sklepów w galeriach handlowych, to zastanawiam się, czy te wielkie korpo są takie złe...


Może Cię zainteresować...

Link | Komentarzy: 1 | Non-tech, Obserwacje
Pokazuj komentarze.
Powered by:
Hellcore Mailer - polski program pocztowyOpera Web BrowserFreeBSD - The Power to Serve!Slackware
RSSy:
Sidekick:
Projekty:
O autorze:
Zobacz:
Kategorie:
Archiwum:
Szukaj: