2016-07-26 13:54:07
Dolina krzemowa

Podobno każdy liczący się programista powinien choć raz odwiedzić Dolinę Krzemową, czyli z angielska "Silicon Valley". Tak się zdarzyło, że z okazji kolejnego (i dla mnie na razie ostatniego) zjazdu "Cephoklikaczy" znowu wsadzono mnie do samolotu i posłano w pizdu, czyli do Stanów Zjednoczonych - i tym razem jeszcze dalej niż poprzednio, bo aż do San Jose, w Kalifornii. Czyli centrum Doliny krzemowej! :)

O samym zlocie nie będę wiele pisał, bo i tak nie ma to już sensu, parę rzeczy się przeterminowało, inne już wdrożono, etc. etc. Poprzedni "hackathon" był dużo ciekawszy i na pewno bardziej emocjonujący, chociażby ze względu na fakt, iż odbywał się w "zagłębiu zła" (ówczesnego) ;) Marcowy zlot odbył się w siedzibie firmy Samsung, co dla mnie było małym zaskoczeniem, wcześniej nie widziałem specjalnie dużej aktywności tej firmy wśród programistów Cepha. Z drugiej strony, firma specjalnie się nie przyłożyła do zadania. Myślałem, że może pokażą coś ze swojego R&D, może laboratorium, a tu nic... No cóż. Ale i tak chwała im, że chciało im się. Nawet jeśli tylko przez dwa dni, bo tyle trwał zlot.

Sama podróż zaczęła się dla mnie wesoło:


"Go to undefined"

A potem trzy samoloty. Jeden z Wszawy do Londynu, drugi do Los Angeles, trzeci do San Jose. Takie życie dalekobieżnego Cephiarza.

   
   
   
 

Wylądowałem późnym wieczorem, ok. 23 lokalnego czasu. Nie pozostało nic innego jak złapać taryfę i zabrać się do hotelu. Natrafiłem na czarnoskórego taksówkarza który albo był ciemny również na mózgu, albo już zjarany, w każdym razie ciężko kontaktował. Na szczęście dojechałem w jednym kawałku i ze wszystkim co wziąłem.
Samo San Jose jest podobne do Hillsboro - duże ulice, mało chodników, z tą różnicą, że co krok widzi się jakąś znaną w świecie IT markę. Jak nie SanDisk (teraz pewnie WD), to Brocade albo Ericsson. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie, ale i tak klimat bardzo mi się podobał. W Polsce akurat było chłodno i mało przyjemnie, a tam... wiosna pełną gębą. Zieleń, drzewka, ptaszki świergolaszki, etc, etc.

   
   

Sam hotel też niczego sobie, tak samo jak w Hillsboro miałem do dyspozycji podwózkę w promieniu 5 mil:

Różowa czy nie, ważne że jeździła, a kierowca z poczuciem humoru. Jeszcze większe poczucie humoru mieli przy projektowaniu kranów w kabinach wannoprysznicowych:

Poważnie, kto uznał, że wykręcanie zimnej wody na maks by dokręcać ciepłą jest dobrym pomysłem?! No i oczywiście jak w Hillsboro, tak i tu bateria od prysznica zamontowana na jednej wysokości i nie ma jak jej zdjąć. Uch.

Po pierwszym dniu poszliśmy sobie pozwiedzać jeden z większych stadionów do futbolu amerykańskiego, tj. Levi's Stadium, mieszczące się przy 4900 Marie P. DeBartolo Way. Co ciekawe, podobnie jak nasza łódzka Atlas Arena, tak i ten stadion nazywa się w zależności od głównego sponsora. Na samym stadionie akurat widzieliśmy głębokie wykopy, bo miały się wkrótce odbyć zawody (a może pokazy? nie pamiętam) motocrossowe. Ale przynajmniej posiedzieliśmy sobie na puszkach pepsi i posłuchaliśmy o historii stadionu. Wcale nie takiej krótkiej.

 
Nawet Sage'a złapałem :P

A potem poszliśmy do Bourbon Steak na kolację. Jedzenie było takie sobie, piwo lepsze. Jedno i drugie z mocno wywindowanymi cenami... Wstawieni i "zresocjalizowani" ;) porozchodziliśmy się do hoteli wyspać przed drugim dniem.

Drugiego dnia dostaliśmy prezenty! :D

   

Red Hat wysilił się i wymyślił zestaw klocków Lego, z których można było zbudować lekko zaspanego (jak widać) cefalopoda leżącego między rackami z serwerami. Fajny akcent. :) Szkoda tylko że logistycznie nie wyrobili i każdy dostał mniej klocków niż powinien, aczkolwiek z ich zapewnień "something may be missing, but for sure nothing important" mimo wszystko się wywiązali. ;)

Na lotnisku w San Jose jeszcze tylko dorwałem sobie śnieżną kulę do kolekcji. Sama historia za nią stojąca jest ciekawa, ale mimo to bardziej nadaje się do opowiedzenia przy piwie niż na blogasku. Branczu szmugler! ;>

 

I to w zasadzie tyle. Więcej się nalatałem niż naprzeżywałem, ale nie szkodzi. Ważne, że na w własne oczy widziałem dolinę krzemową! :)


Może Cię zainteresować...

Powered by:
Hellcore Mailer - polski program pocztowyOpera Web BrowserFreeBSD - The Power to Serve!Slackware
RSSy:
Sidekick:
Projekty:
O autorze:
Zobacz:
Kategorie:
Archiwum:
Szukaj: