2012-10-14 23:09:31
Branczu zbranchował (1)

Można powiedzieć, że nawet jeśli jeszcze nie osiągnąłem życiowego celu, to właśnie mam do czynienia z jego wersją Shareware. ;-)

Ten rok akademicki będzie o tyle przełomowy, że zakończy się magisterką. Znakomita większość czytelników stwierdzi teraz - "no i co? Emgieer normalna rzecz". Niestety na własnej skórze zdążyłem przekonać się, że nie napisałbym jej w domu. W grę wciąż wchodzi praca, która spodobała mi się na tyle, że nie zamierzam jej zmieniać, a nie zamierzam również siedzieć w niej 24/7 tylko dlatego, że w domu nie mam warunków do siedzenia nad magisterką - być może dla większości studencin, które mają problem z byle usmażeniem jajka czy wypraniem sobie skarpetek jest to absurdalny tok myślenia - w końcu mamusia która pierze, karmi i daje na piwo to rzecz warta zachodu - ale po przeliczeniu wszystkich "za" i "przeciw" oraz przyjrzeniu się rynkowi uznałem, że w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać.
To zastanawianie się i kalkulowanie trochę trwało, ponieważ - jeśli chciałem osiągnąć zamierzony efekt, czyli swego rodzaju "bunkier twórcy" - musiałem wszystko załatwiać sam i w związku z tym, "dzień zero" miał być szokiem -- i był...

To, że obnoszę się pseudonimem "Branch Predictor", nie oznacza że jestem wróżką - wobec czego od razu wybiłem sobie z głowy opcję kupowania mieszkania na własność. Być może stać by mnie było, bo bank, który już teraz naciąga mnie na blisko 10k kredytu odnawialnego, zapewne zgodziłby się na normalny kredyt w okolicach 100k, ale z drugiej strony, cholera wie co przyniesie przyszłość. Wynajęcie mieszkania ogranicza mi możliwości (wszelkie zmiany i ulepszenia trzeba konsultować z właścicielem mieszkania), ale z drugiej strony, zna ktoś kredyt, z którego można się wycofać praktycznie bez poważniejszych konsekwencji i na zasadach "nie zadajemy pytań"? A skoro już przy tym jesteśmy - nie mam czasu ani chęci robić jakieś poważniejsze remonty, własne mieszkanie zmuszałoby mnie do tego, zaś tutaj przychodzę praktycznie na gotowe (w moim konkretnym przypadku odpadły nawet takie drobiazgi jak kuchenka, lodówka czy pralka), więc wynajęcie jest dla mnie tym wygodniejsze.
W zakładanym przeze mnie pierwotnym przedziale cenowym (800-1000 pln) nie było absolutnie nic wartego dłuższego zamieszkania, a magisterkę przecież oddaję dopiero w czerwcu. Kilka okienek wyżej i zaczynają się ciekawe opcje, jak i totalne szmiry nie warte nawet 800 PLN (no chyba że do kupienia na własność - i totalnego zaorania wszystkiego i urządzenia od zera... Czy ktoś poza mną widzi tu ukryte koszty czasowe i finansowe?). Na naście obejrzanych mieszkań spodobały mi się tylko dwa. Z tych nastu, jednego w ogóle nie obejrzałem, bo właściciel okazał się pizdą grochową i nie raczył poinformować o swoim braku obecności inaczej, niż wyłączając telefon i włączając po 1,5h od godziny "R/V" (dziękujemy Ci, Orange, za totalny brak prywatności!), zaś drugi oferował tak fajną cenę, że początkowo myślałem, że raczej nie przebiłbym się w kolejce chętnych (tym bardziej że zainteresowane były też jakieś rodziny i zgrane grupy studencin), ale gdy okazało się, że całą grupką czekaliśmy na marne, bo wynoszący się lokatorzy "nie są gotowi" na prezentację mieszkania i właściciel zaprasza dwa dni później (mimo że umawiałem się TYDZIEŃ wcześniej), to mina mi zrzedła i wolałem nie widzieć w jak fatalnym stanie jest mieszkanie i spasowałem. Reszta z tych nastu to "skromne łazienki" które tak naprawdę są MEGA odrażające i wymagają natychmiastowego zaorania, mieszkania w stanie jakby ostatni lokator tam wyzionął ducha (wrażenie potęguje mnogość symboli religijnych i modne za PRLu dywany i wzory na ścianach), no i oczywiście "pustostany", gdzie w zasadzie nic nie ma i trzeba inwestować w totalnie wszystko. Zdarzały się również opcje dość sensowne, ale zbierające się - w reakcji na moje oczekiwania na właścicielkę - stowarzyszenia młodych fanów białych skarpet i mocno znoszonego obuwia sportowego połączone z drzwiami antywłamaniowymi przed drzwiami na trzy klucze oraz kraty w oknach nie budziły mojego zaufania (nie to miałem na myśli pisząc "bunkier twórcy"...), wobec czego zostały mi dwa mieszkania. Pozostała mi kolejna kalkulacja "za" i "przeciw" oraz spodziewany stan konta bankowego po wszystkich opłatach "inwestycyjnych" oraz "przystosowawczych" i opcja, która początkowo wydawała mi się gorsza, nagle stała się dużo lepsza. Trochę mi szkoda było sympatycznej pani pośrednik (na oko w moim wieku), niestety wybór jej mieszkania kosztowałby mnie jeden czynsz, czyli niemało kasy, więc wybrałem tańszą opcję, potem parę dłuższych rozmów telefonicznych i "IRL", papierkologia, zbieranie szpargałów, ..

Znając swoich rodziców, a także całą swoją historię, wiedziałem, że jeżeli będę sam (a jestem), to jedyną drogą osiągnięcia sukcesu jest przez postawienie ich w stanie dokonanym, na który nie mieliby większego wpływu bez uciekania się do absurdalnych środków, którymi mogliby pogrążyć się do reszty (sam fakt, że musiałem się kryć z planem wyprowadzki zakrawa na absurd rodem z książek Kafki, co zdają się potwierdzać znajomi z pracy i właściciel mieszkania). Dzień zero, zgodnie z przewidywaniami, nie obył się bez niepotrzebnej awantury i scen, ale później pozostało już tylko zabranie najcięższych i najpotrzebniejszych gratów samochodem kolegi, no i pierwsza noc.

Pierwszy tydzień minął na bieganiu po sklepach celem uzupełnienia braków w mieszkaniu, znajdowaniu najważniejszych POI (Point of Interest) w okolicy, sprzątaniu, ... I niestety skończyło się na solidnej infekcji gardła, przez którą pierwotny, tygodniowy urlop przeciągnął się do dzisiaj. Tyle za moje rushowanie po hipermarketach, sklepach dla remontujących/budowniczych i meblowych. ;-)

Wrażenia po pierwszych dwóch tygodniach? Jest okej. Wreszcie w domu czuję że odpoczywam, zamiast tracić resztki energii, no i są też spore plusy - przede wszystkim, mam wreszcie "Internet" (i to taki przez duże "I" - poważnie, tak wielkie ilości dotychczas widziałem tylko na swoim wydziale). ;-> I mam też dużo bliżej do pracy (~25 minut zamiast ok godziny) i na wydział (~15 minut zamiast ok. 45 minut). Do centrum niby też, ale to mało istotny detal. Jest też trochę pomniejszych plusów i bonusów, ale to już zostawię dla siebie.

Tak więc, zbranchowałem. Przeprowadziłem się i można powiedzieć, że zaczynam życie na nowo.


Może Cię zainteresować...

Link | Komentarzy: 23 | Obserwacje
Pokazuj komentarze.
Powered by:
Hellcore Mailer - polski program pocztowyOpera Web BrowserFreeBSD - The Power to Serve!Slackware
RSSy:
Sidekick:
Projekty:
O autorze:
Zobacz:
Kategorie:
Archiwum:
Szukaj: